Co to jest gojnik i dlaczego warto go pić

Lubię próbować nowe smaki. Jeśli chodzi o herbaty to od dłuższego czasu najbardziej smakował mi czystek z hibiskusem. Ziołowych naparów właściwie nie dosładzam, nie czuję takiej potrzeby bo lubię czuć naturalny smak tego, co piję. Kilka tygodniu temu usłyszałam o gojniku i chodziła za mną myśl, żeby go spróbować. Z braku czasu udało mi się go kupić dopiero wczoraj. Jak się okazuje, ta urocza roślina zwana Sideritis scardica rośnie w górach na terenie miedzy innymi Bałkanów. Według informacji, jakie znalazłam na opakowaniu oraz w zielniku okazuje się, że gojnik ma wiele właściwości pozytywnie wpływający na organizm, między innymi wzmacnia układ odpornościowy, działa przeciwzapalnie i  antybakteryjnie. Dodatkowo wspomaga układ krążenia i reguluje temperaturę ciała (hurra! jako hashimotka mam permanentnie zmarznięte stopy i dłonie i z przyjemnością sprawdzę, czy gojnik zadziała jako naturalny termoregulator).

Jeśli chodzi o smak, to jest on bardzo przyjemny, lekko słodki z delikatną cytrusową nutą. Znasz smak czystka? Jest dość gorzki, z kolei pijąc gojnik nie wyczujesz goryczki. Jeśli lubisz, możesz dosłodzić go miodem, melasą karobową albo innym słodziwem które masz aktualnie pod ręką albo dorzucić kawałek świeżego imbiru. Na początek jednak polecam Ci spróbować wypić kubek naparu takim, jaki jest bez słodzenia.

Najlepiej kup taki gojnik, który nie został zmielony. W paczce powinny znaleźć się długie, zasuszone łodyżki mające także kwiaty. Wybierz dwie z nich, połam na mniejsze części tak, aby zmieściły się w kubku, zalej wrzątkiem i parz około 5 minut. Pij gorące lub przestudzone. Producent zaleca picie jednego kubka naparu dziennie. Nie stwierdzono przedawkowania 🙂 Dowiedziałam się także, że badacze zauważyli pozytywny wpływ gojnika na organizmy osób zmagające się z chorobą Alzheimera. Brzmi nieźle, prawda?

To jak, spróbujesz?

Ściskam, Asia

dsc_0489

dsc_0466

dsc_0507

 

Reklamy

Krem marchewkowy ze świeżą kurkumą

Przeziębienie niestety ciągle się za mną wlecze, ale na szczęście czuję, że powoli zostawiam je w tyle i już nie dam się dogonić. W związku w tym, że postanowiłam jeszcze jeden weekend wygrzewać się w domu, mam czas na ugotowanie czegoś pysznego, rozgrzewającego i wzmacniającego. W skrócie: przyjemne z pożytecznym. Najpierw upiekłam marchewki, które będę podjadała w ciągu dnia. Kilogram drobnych marchewek porządnie wyszorowałam i wysuszyłam. Przygotowałam też sos do natarcia warzyw:

3 łyżki oliwy

1/2 łyżeczki chili

1/2 łyżeczki cynamonu

łyżka soku z cytryny

Całość wymieszałam, wylałam na marchewki i dokładnie w nie wtarłam a następnie rozłożyłam na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzałam do 180 stopni i piekłam marchewki 20 minut, aż stały się miękkie i pięknie przypieczone. Teraz bierzemy się za zupę.

Składniki:

0,5 kg marchewek

1 średnia cebula

2 średnie korzenie kurkumy

2 cm korzenia imbiru

szczypta dobrej soli

600 ml wywaru warzywnego

1 łyżeczka płatków drożdżowych

2 łyżki oleju kokosowego

Posiekaj cebulę w kostkę, marchewkę w cienkie plasterki. Kurkumę drobno posiekaj a imbir zetrzyj na tarce o małych oczkach. Olej rozgrzej w garnku, smaż cebulę, posiekaną kurkumę i imbir. Gdy cebula się zeszkli, dodaj marchewkę, garnek przykryj i duś około 10 minut.

Wlej wywar warzywny oraz wsyp płatki drożdżowe, które doskonale podkręcą smak zupy. Są lekko słone, charakterystycznie pachną i doskonale sprawdzają się w bezmięsnych potrawach. Gotuj, aż marchewka będzie miękka (około 15-20 minut). Dopraw solą do smaku.

Całość zmiksuj na gładko, podawaj bardzo gorącą i udekorowaną kilkoma kawałkami pieczonej marchewki, posyp prażonymi ziarnami słonecznika i sezamu.

Smakowało?

Niemięsojadka

dsc_0408

dsc_0415

dsc_0397

Chleb bezglutenowy z białej kaszy gryczanej

Od października jem bezglutenowo. Przez ten czas zdarzyło mi się kilka wpadek, ale uczę się na błędach i eliminuję to, co okazało się być dla mnie szkodliwe. Spróbowałam też upiec chleb, ale żaden z wykonanych nie był na tyle smaczny, żebym chciała go zjeść ponownie. Próbowałam więc jaglany, kokosowy, kukurydziany, z drożdżami i bez. Niby nie było źle, ale za każdym razem stwierdzałam, że to jeszcze nie to i szukałam dalej. I w końcu go znalazłam. Chleb idealny! Tadaam! Koniec zbędnego gadania, pędź do kuchni i przyszykuj:

-350 g białej kaszy gryczanej (to jest to samo co kasza gryczana niepalona)

-500 ml wody

Kaszę wsyp do miski i zalej wodą, wymieszaj i odstaw na całą noc. Rano przemieszaj kaszę i dolej tyle wody, ile zostało wchłonięte przez noc i znów pozostaw na 12 godzin. Po tym czasie obejrzyj kaszę, być może zobaczysz na wierzchu niewielką pianę. Wymieszaj i jeśli potrzeba, dolej jeszcze taką ilość wody, żeby ziarna były 1-2 milimetry pod wodą. Napęczniałą kaszę zmiksuj blenderem tak, aby miała konsystencję budyniu. Nie blenduj idealnie, niech zostanie sporo ziarenek w całości, przecież i tak się upieką. Wsyp dwie łyżeczki soli himalajskiej różowej, wymieszaj i przelej do foremki. Jeśli tak jak ja używasz silikonowej, nie musisz wykładać jej papierem, gdy natomiast masz zwykłą foremkę, wyłóż ją papierem i dopiero wylej masę. Przykryj czystą ściereczką i ponownie odstaw na całą noc, a następnie rozgrzej piekarnik do 200 stopni i piecz przez godzinę, aż do momentu, w którym skórka będzie popękana i złota. Chleb delikatnie wyrośnie, ale nie spodziewaj się wielkiego wybuchu, ciasto nie będzie wylewało się z foremki. Upieczony chleb wystudź i jedz z ulubionymi dodatkami.

Kiedy dojdziesz do wprawy w pieczeniu tego chleba, możesz dodać do masy ziarna czarnuszki albo suszone chilli, tutaj panuje całkowita dowolność, to Ty decydujesz, z jakimi dodatkami chcesz zjeść chleb. Możesz wybrać kminek, sezam, pokruszone ziarna dyni, słonecznika, czosnek niedźwiedzi albo zioła prowansalskie.

Ten chleb nie drażni swoim zapachem, jest sycący i smaczny. Jeśli wolisz, żeby był bardziej słony, do napęczniałej kaszy dodaj więcej soli, możesz tez kombinować z ostrością, dodając na przykład chilli albo świeżo mielony pieprz. Przechowuj wypiek owinięty w papier lub cienką, bawełnianą ściereczkę.

Smakowało? Podziel się efektami pieczenia 🙂

dsc_0386

dsc_0367dsc_0392

Pasta z kurkumy i złote mleko

Na pewno dobrze to znasz: przemoczyłaś/-łeś nogi stojąc na przystanku, parasolka już dawno się połamała i czujesz, jak lodowaty wiatr przenika cię do szpiku kości. Po kilku dniach zaczyna boleć cię głowa, katar urywa nos, a plany weekendowe kończą się na leżeniu w łóżku. Znalazłam się właśnie w takiej sytuacji. Jest nieciekawie, smarkato, głowoboląco. Mogłabym nafaszerować się „cudeńkami” z apteki, ale wolałam postawić na złote mleko, o którym na pewno i Ty słyszałaś/-łeś. Do zrobienia go potrzebna będzie pasta z kurkumy. Ta cudna przyprawa, którą najczęściej można kupić w formie proszku o pięknym kolorze jest wspaniałym remedium na różne dolegliwości (ale nie tylko! służyła między innymi do barwienia tkanin, wchodzi też w skład mieszanek przypraw używanych do gotowania curry). Jeśli wiec bolą cię stawy, masz anemię, masz problemy z zasypianiem, cierpisz na choroby jelit albo tak jak ja jesteś w długoletnim związku z zapaleniem tarczycy Hashimoto, pokochaj kurkumę i włącz ją do swojej diety. Aby przygotować pastę potrzebujesz następujące składniki:

-1/4 szklanki sproszkowanej kurkumy (ja wzięłam dwa opakowania)

-1/2 szklanki wody

-1 łyżeczka oleju kokosowego

1/4 łyżeczki sproszkowanego chilli lub pieprzu

-patelnię

Kurkumę, chilli i wodę wymieszaj na patelni i podgrzewaj przez 6 minut. Dokładnie mieszaj, woda odparuje a na patelni zostanie dość gęsta pasta o pięknym kolorze. Pamiętaj, aby jej nie zagotować! Na koniec dodaj olej kokosowy, dokładnie wymieszaj i zostaw do ostygnięcia a następnie przełóż do czystego słoika i przechowuj w lodówce nie dłużej, niż dwa tygodnie. Jestem pewna, że jeśli Ci posmakuje to zużyjesz ją szybciej.

A teraz pozostaje przygotować złote mleko:

-szklanka ulubionego mleka roślinnego (u mnie migdałowe, ale nie krępuj się użyć mleka jaglanego, owsianego lub ryżowego)

-1/2 łyżeczki pasty z kurkumy

-szczypta imbiru

-gwiazdka anyżu

Połącz wszystkie składniki i podgrzewaj, mieszając. Nie dopuść do zagotowania napoju. Następnie przelej do ulubionego kubka i ciesz się smakiem tego wyjątkowego antybiotyku. Jeśli chcesz, mleko możesz dosłodzić ulubionym słodziwem, np. miodem. W czasie przeziębienia pij trzy, cztery razy dziennie. Jeśli choróbsko już cię opuściło, możesz pić mleko tak często, jak Ci pasuje, na przykład co wieczór przed snem.

Tymczasem znów chowam się pod kołdrę,

ściskam

Niemięsojadka

dsc_0317

dsc_0330dsc_0352

Po co wyrzucać, skoro można zasadzić?

Fakt, po co wyrzucać resztki warzyw, skoro można włożyć je do wody, a gdy wypuszczą korzenie przesadzić do doniczki i mieć mały ogródek na parapecie lub balkonie? Zazdroszczę wszystkim szczęśliwym posiadaczom balkonów, ja niestety go nie mam i korzystam wyłącznie z parapetu. Na razie robię próbę z selerem naciowym, obciętą końcówkę selera włożyłam do niewielkiej ilości wody i postawiłam w słonecznym miejscu. Po kilku dniach okazało się, że listki już zaczynają wyciągać głowy do światła. W najbliższym czasie przesadzę seler do doniczki. Możesz zrobić podobną, domową hodowlę szczypiorku albo pietruszki. To co, do dzieła? 🙂

dsc_0236dsc_0229dsc_0225

Bezglutenowe brownie ze skórką pomarańczową

Od pewnego czasu wyrzuciłam ze swojej diety gluten. Podobno jest to teraz modne i wiele osób stosuje taką dietę, ja zrobiłam to dla poprawy zdrowia jako nareszcie zdiagnozowana Hashimotka. Zauważyłam już pewne zmiany na lepsze, ale mimo wszystko moja wiedza na ten temat jest niewielka i dlatego czytam, dopytuję, smakuję i sprawdzam. Wczoraj, zupełnym przypadkiem trafiłam na Food Fest w Katowicach i zachwycona pysznościami, które zobaczyłam i spróbowałam, wstałam dziś rano i rozczochrana poszłam sprawdzić, jakie składniki mam w kuchni i co mogłabym z nich zrobić. Na Food Fest spróbowałam niebiańskiego, bezglutenowego brownie z dodatkiem słodkiego kremu. Nie lubię piec ciast i żaden ze mnie cukiernik, ale przejrzałam trochę przepisów, zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty. Efekt bardzo mnie zaskoczył i pisząc ten post jestem zadowolona, objedzona i oblepiona czekoladą. Przy najbliższej okazji pieczenia brownie (która nadarzy się już w następny weekend) zamienię jednak cukier na daktyle i dorzucę solidną garść orzechów włoskich. Dość gadania, pora zgromadzić składniki i heja do pracy. Co potrzebujesz:

50 gramów mąki ryżowej

50 gramów mąki kukurydzianej

łyżka mąki ziemniaczanej

2 tabliczki gorzkiej czekolady (ja miałam obie 80% kakao)

3 jajka zerówki (nie kupuj jajek innych niż zerówki, bo to z różnych względów paskudztwo i syf. Wysil się, poszukaj i kup zerówki)

3/4 szklanki cukru (trudno, tym razem tak wyszło, ale następnym razem wykorzystam daktyle)

szczypta soli

200 g masła (czyli kostka) lub 180 g oleju kokosowego

łyżka skórki pomarańczowej dla dodania charakterystycznego smaku

Moje brownie upiekłam w długiej brytfance (9x 28 cm) wysmarowanej olejem kokosowym i wyłożonej papierem do pieczenia. Jeśli masz inną brytfankę to użyj jej śmiało, najlepsza to taka o wymiarach koło 18×24.

Przygotuj brytfankę, nagrzej piekarnik do 160 stopni. Rozpuść masło lub olej, dodaj połamaną w kostki czekoladę i mieszaj do całkowitego rozpuszczenia się. Halo, nie zagotuj!

Jajka rozbij, dodaj cukier i dokładnie zmiksuj. Dodaj masę czekoladową, wymieszaj. Wrzuć szczyptę soli oraz stopniowo, mieszając, dodawaj mąkę. Całość dokładnie zmiksuj tak, aby nie było grudek. Na koniec dodaj skórkę pomarańczową, wymieszaj i powstałą masę wlej do brytfanki. Wygładź, stuknij dwa-trzy razy o blat aby wypchnąć powietrze, życz powodzenia i włóż do piekarnika na 30 minut.

Na koniec pieczenia możesz sprawdzić patyczkiem, czy wszystko gra (patyczek powinien być w miarę suchy, nie może się ciągnąć nieupieczona masa. Faktem jest, że brownie zawsze sprawia wrażenie zakalcowatego i będzie wilgotne, ale chodzi o to, że ma być upieczone w środku). Myślę, że zadziała też metoda „poznaj Stachu po zapachu” i kiedy poczujesz ten cudowny, czekoladowy zapach to będziesz pewna/pewny, że można wyłączyć piekarnik. Ja potrzymałam ciasto jeszcze kilka minut i wyjęłam do ostudzenia na około pół godziny. Wyjęłam z blaszki i zanim je pokroiłam, także minęło około 30 minut. Jedzenie gorącego ciasta nie sprawia mi frajdy, moim zdaniem najlepiej porządnie je wystudzić.

Następnie zjedz ciasto i uważaj się za najszczęśliwszego człowieka na świecie.

Nie zapomnij poczęstować nim kogoś fajnego (lub niefajnego, wówczas po zjedzeniu takiej ilości czekolady na pewno stanie się fajny).

Ściskam, Niemięsojadka

brownie

 

Deser pomarańczowy z chia w mleku kokosowym z owocami róży

Co za cudna, deszczowa sobota! Po ogólnym ogarnięciu mieszkania i załatwieniu tysiąca spraw w mieście można zamknąć się w kuchni i gotować. Najpierw bezglutenowe tortellini ze szpinakiem a później bezsernik jaglany (chłodzi się w lodówce). Ale co by tu zjeść na szybko (i słodko)…? No dobra, do dzieła. Mleko kokosowe? Jest. Nasiona chia? Meldują się na wezwanie. Pomarańcza? Dalej poszło gładko. Abrakadabra i mam deser. Ciebie też zachęcam do zrobienia go. Szykuj szkło i do dzieła! To co za chwilę zobaczysz, powstało z następujących składników:

2 dojrzałe pomarańcze

6 łyżek mleka kokosowego z namoczonymi wcześniej nasionami chia (do puszki mleka 400 ml najlepiej dodać 5 łyżek nasion, dokładnie wymieszać i wstawić na kilka godzin do lodówki)

kawałki owoców róży (znalazłam w spiżarce- dostałam je kiedyś od mamy. Ty możesz użyć np. rozmrożone maliny, jagody, aronię lub inne owoce, które lubisz i masz pod ręką)

Nasiona chia najlepiej namoczyć przez kilka godzin w mleku kokosowym, doskonale napęcznieją i będą efektownie wyglądać. Pomarańcze obierz, pokrój i zmiksuj blenderem. Kawałki owoców delikatnie przyklej do ścianek naczynia w którym podasz deser. Delikatnie wlej mus pomarańczowy a na koniec dodaj nasiona. Udekoruj według uznania.

Ściskam, Niemięsojadka

DSC_0165DSC_0170DSC_0161

Szalone dynie na parapecie

Pamiętasz opowieść, jak Wojtek został strażakiem? Ja za to wymarzyłam sobie, że zostanę rolnikiem. Rolniczką. Hodującą dynie i pomidory na parapecie. Od dwóch tygodni mam swoje małe szklarnie- stoją na parapecie, słońce je dogrzewa i sprawia, że w środku szklarenek ma miejsce istne szaleństwo. Co tu dużo mówić, wystarczy, że zobaczysz zdjęcia poniżej. Kiedy zaczną się rozrastać, przesadzę je do większych doniczek i wyprowadzę na balkon. Tadaaam, oto moje dynie:

DSC_0146DSC_0142DSC_0139DSC_0143

Ratunku! Koktajl pietruszkowy kontra wirus

Cóż, w sobotę poddałam się. Nieprzyjaciel zaatakował i powalił mnie prawym sierpowym, kopniakiem w kolano i ostatecznym ciosem w ucho. Bam! Leżę. Kicham. Kaszlę. Marudzę. A później wstałam i znów zaczęłam walczyć. No co, serio mam tak leżeć i czekać na kolejne ciosy zadawane przez wirusa?

Jeśli i Ty teraz podejmujesz walkę z chorobą (a paskudztwa plenią się jak szalone: a to w autobusie aaaapsik! a to w pracy aaaaapsik! a to w sklepie khe khe! aapsik!), przyda Ci się solidny oręż. U mnie sprawdziła się broń z jabłek, pomarańczy, natki pietruszki, kurkumy, nasion chia i pieprzu kajeńskiego. Nie zwlekaj, pij!

3 jabłka (wytnij gniazda nasienne)

2 pomarańcze

łyżka nasion chia

duży pęczek natki pietruszki

1/2 łyżeczki kurkumy

1/4 łyżeczki pieprzu kajeńskiego

Wszystkie składniki zmiksuj i wypij.

Ściskam, zdrowiejąca już Asia

DSC_0124DSC_0119

Koktajl z suszonymi ziarnami kakaowca

Zanim za chwilę wybiegnę z domu do pracy i wpadnę po kostki w biały puch (tak, tak, w centralnej Polsce jest od wczoraj dużo śniegu), chcę zaproponować Ci kolejne zielone śniadanie. Tym razem zmiksuj:

dwa banany

dwa kiwi

2 grejpfruty

3 łyżeczki sproszkowanego jęczmienia

pół szklanki wody

płaską łyżkę suszonych ziaren kakaowca

Miłego dnia, już pojutrze piątek!

Ściskam, Asia

DSC_0106DSC_0111DSC_0108